Legenda o zapadniętej karczmie

Tuż za kościołem, po prawej stronie szosy prowadzącej w kierunku Królowej naprzeciwko cmentarza zobaczyć można zbocze góry porośnięte drzewami i leszczyną od dawien dawna zwane "Plebańską dębiną".

Było tu kiedyś piękne skupisko starych dębów, lip, jaworów, w których pniach w różnej wielkości dziuplach gnieździły się sowy, dzięcioły, szpaki, sikorki i inne ptactwo. Był to przeuroczy strzępek prastarego słowiańskiego boru, którego poszycie stanowił puszysty mech misternie przetykany widłakiem, bluszczem, borowiną, kępami paproci i karłowatą dziką różą. Wśród krzaków leszczyny zawilce, pierwiosnki, a w podmokłych miejscach kaczeńce tworzyły barwny kobierzec pierwszych zwiastunów wiosennego kwiecia. Tak wyglądała "plebańska dębina" w pierwszej połowie XX wieku, dopóki nie przetrzebiono jej ze starych drzew.

Na skraju dębiny znajdował się staw o średnicy ok. 15m, po którym zostało małe bajorko. Kiedy budowano nową drogę i odprowadzono w latach 50-tych przepustem spuszczono wodę ze stawu do pobliskiej rzeki. O tym właśnie stawie krążyła wśród mieszkańców Kamionki Wielkiej legenda następującej treści:

Matka miała dwie urodziwe córki - Kaśkę i Maryśkę, które we wtorek przed środą popielcową uprosiły ją, by im zezwoliła pójść na potańcówkę do karczmy, która stała na miejscu wyżej wspomnianego stawu. Matce nie podobał się pomysł, ale córki usilnie błagały, więc wyraziła zgodę. Jednak przypomniała, żeby przed północą zakończyły tańce i wróciły do domu, gdyż niedopełnienie tej zasady może sprowadzić na chrześcijanina jakieś nieszczęście. Córki solennie przyrzekły, że będą przed północą.

Pięknie się ubrały w odświętny strój i ruszyły do karczmy. Na miejscu zastały już gromadę miejscowych chłopaków i dziewcząt oczekujących, aż stary Abramek, właściciel karczmy, podstroi swój instrument. Wreszcie rozległ się dźwięk skrzypiec i pary ruszyły do tańca. Dla Kaśki i Maryśki zabrakło kawalerów, dlatego razem wywijały oberka.

Po wielu odegranych melodiach Abramek odłożył swoje skrzypki, by dać na chwilę ulgę swoim starym palcom.

Było to tuż przed północą, gdy drzwi się otwarły i weszło dwóch nieznanych parobków bogato, lecz z obca ubranych. W obcisłych spodniach o jednej nogawce czerwonej, a drugiej zielonej, w krótkich frakach i kapeluszach o trzech rogach. Pozdrowili zebranych i zwrócili się do Abramka, by dał wszystkim gorzałki (wódki) i grał. Za tę usługę zapłacili hojnie, kładąc na szynkwasie po złotym talarze.

Kaśce i Maryśce kawalerowie przypadli do serca, toteż były zadowolone, gdyż obie nie miały pary, a teraz mogły pohulać z urodliwymi chłopcami. Od gorzałki już dobrze szumiało im w głowie, a one tańczyły do upadłego nie zważając, że północ dawno już minęła i najwyższy czas wracać do domu. Jak tu przestać się bawić, kiedy tancerz zgrabnie przytupuje i przyśpiewuje w takt Abramkowej melodii.

Nagle spostrzegły, że za oknem już dzień, a na domiar złego obok siebie nie miały żadnych kawalerów, wciąż tańczyły obie. Czary czy co!? Gdzie się podziali szykowni tancerze Kaśki i Marysi? Otóż o świtaniu, kiedy rozległ głos dzwonu z wieży kościelnej, obaj czmychnęli przez wywietrznik nad okapem.

Matka wstała raniutko, żeby pójść z córkami do kościoła, by starym zwyczajem proboszcz posypał popiołem grzeszne głowy. Zaczęła wołać córki, lecz odpowiedziała jej głucha cisza. Tknięta jakimś złym przeczuciem podchodzi do pościeli, patrzy, a tu nie ma ani Kasi, ani Marysi. Myśl, że córki jej nie posłuchały, bardzo nią wstrząsnęła, toteż bez namysłu szybciutko się ubrała i pędem pobiegła do karczmy. Kiedy była już niedaleko posłyszała potupywania nóg i pokrzykiwania, a z wieży kościelnej dzwon wołający na ranne nabożeństwo. Wpadła do karczmy i zobaczyła Abramka rzępolącego na skrzypcach, umęczonych tancerzy, a wśród nich obie córki. Na ten widok taka ją złość ogarnęła, że zaklęła siarczyście:
- A bodajbyście zapadli się pod ziemię z całą karczmą.
W złą godzinę rzuciła przekleństwo, bo coś huknęło, zgrzytnęło zadymiło i karczma ze wszystkimi runęła pod ziemię, pozostawiając po sobie jedynie wgłębienie, do którego zaczęła wpływać woda wąską stróżką z wyżej położonego źródełka, a z biegiem czasu powstał legendarny staw, na którego brzegiem przykładając ucho do ziemi w środę popielcową można usłyszeć bicie dzwonu, jękliwe zawodzenie skrzypek i przytupywanie nóg.