Legenda o diablej dziurze

W odległości około 300m od centrum Kamionki, gdzie rozwidlają się drogi w kierunku Kamionki i Królowej, wznosi się jedna z gór zwana Rachelówką. Na jej porosłym lasem szczycie, jak głosi legenda, kilka lat po założeniu Nowego Sącza przez króla Wacława Czeskiego została wykopana i wykuta w skale przez zbójów dziura, wejście do ich siedziby. Przechowywali tam skarby i cenne przedmioty zrabowane bogatym i karawanom kupców. Pewnego razu zbóje wyruszyli na nową wyprawę, lecz nigdy już z niej nie powrócili.
Sto lat później, gdy zbójcy zostali wybici przez sądeckich hajduków, kamieńskie prządki w czasie długich, jesienno-zimowych wieczorów opowiadały legendę o jamie zbójców, przemianowanej na "diabelską dziurę".

Od chwili kiedy diabeł osiadł w zbójeckiej jamie, ludzi ogarnął wielki strach, bo z miejsca tego wydobywały się: pisk, wrzask, gwizd i huk. Gdy ktoś ośmielił się zbliżyć - zionęło z niej siarką, smołą i takim strasznym smrodem, że dech zapierało. Z daleka ludzie omijali diabelską siedzibę.
Tylko jeden dzień w roku czart pilnujący skarbów opuszczał swój loch i mógł poharcować po świecie. Była to Niedziela Palmowa upamiętniająca moment wybicia zbójców.

Dawno temu żył w tych lasach biedny Ignaś - sierota, wychowywany przez chrzestnych. Pasał nad rzeką bydło niedaleko dzisiejszej Janówki. W chłodny, jesienny dzień rozpalił ognisko, usiadł na kamieniu, a kiedy płomień rozgrzał jego zziębnięte ciało - zaczął ogarniać go błogi sen.

Wtedy od drogi zbliżała się do niego nieznana, podpierająca się laską babuleńka. Pozdrowiła chłopca w imię Chrystusa i zapytała czy może ogrzać swoje stare kości przy ogniu. Ignaś z ochotą ustąpił jej swojego miejsca zdziwiony, że zwróciła się do niego po przezwisku. Nieznajoma wyjaśniła, że nie siedziałaby obok niego, gdyby nie wiedziala, iż nazywają go Żaczek. Ignaś przekonany był, że to wróżka, a ona rzekła, że kim jest dowie się później. Teraz zaś chce powierzyć mu zadanie. Nachyliwszy się ku niemu długo szeptała coś do ucha, a on od czasu do czasu coś potakiwał.

Nagle dał się słyszeć przeraźliwy ryk, aż Żaczek na równe się poderwał. Rozgląda się dookoła - krasula pasie się spokojnie, jak się pasła tylko staruszka zniknęła, przepadła jak kamień w wodzie. Podrapał się chłopak po zmierzwionej czuprynie, głową pokręcił, a ponieważ słońce schowało się za górę, zegnał bydło ku chacie.

Żaczek wszedł cicho do izby, usiadł na piecku przy nalepie i nic do nikogo nie mówił. Na pytanie odpowiadał krótko, tak, że chrzestna nie mogła pojąć przyczyny nagłej jego zmiany. Przez całą jesień i zimę stale siedział zadumany, rozmyślał o spotkaniu z babuleńką - czy snem to było, czy jawą.

Wkrótce nadeszła wiosna, a z nią święta Wielkiej Nocy. W palmowa niedzielę po zjedzeniu na śniadanie zacierki, Ignaś skurczył się i zaczął postękiwać. Chrzestna kazała ma położyć się do łóżka, a sama z mężem poszła do kościoła.

Kiedy tylko za nimi drzwi się zamknęły, Ignaś wyskoczył z pościeli, jak z procy. Szybko pobiegł do skrzyni, wyciągnął z niej gromnicę, zza okapu hubkę i krzesiwo, a wszystko zawinąwszy w zgrzebną płachtę, schował za pazuchę i przeżegnawszy się krzyżem świętym wyszedł z chałupy. Przeskoczył kładkę na rzece, gościniec, a potem zaczął piąć się z wolna na rachelowską górę. Przedzierając się przez krzaki, ciernie i las dobrnął wreszcie na szczyt, gdzie na małej polanie było wejście do "diabelskiej dziury". Zatrzymawszy się chwile nasłuchiwał, a potem przyklęknął za pniakiem starego świerka i wyjął gromnicę, hubkę i krzesiwo. Wzniecił ogień, zapalił świecę, przeżegnał się i wszedł do ziejącej smrodem jamy.

Posuwając się wolno w głąb korytarza, dobrnął wreszcie do komnaty, w której sypiali zbójcy. Rozglądał się po wszystkich kątach. Na ścianach wisiała różnoraka broń, a nie znalazłszy tego czego szukał ruszył dalej. Po przejściu wąskiej szczeliny znalazł się w następnej komnacie. Było w niej tyle bogactwa, że nie mógł oderwać oczu. Ignaś nigdy takich rzeczy nie widział ani o nich nie słyszał. Stały tam worki pachnących korzeni, beczułki miodu, wina, bele adamaszków i jedwabiów przetykanych złotem, srebrem i wiele jeszcze innych rzeczy. Podszedł do stojącej w kącie pod ścianą ogromnej, dobrze okutej skrzyni. Niemiłosiernie zazgrzypiały zawiasy, kiedy podnosił wieko, a potem aż oczy zamknąć musiał, bo taki blask uderzył od diamentów, złota, srebra, dukatów i innych kosztowności, którymi była wypełniona.

Ocknąwszy się nieco zatknął gromnicę w szczelinie skalnej, rozciągnął na ziemi płachtę i zaczął na nią wykładać ze skrzyni najkosztowniejsze rzeczy: kielichy kryształowe i złote wysadzane drogimi kamieniami, bransolety, pierścienie, łańcuszki i worki dukatów. Kiedy opróżnił skrzynię, zamknął wieko, zawiązał prześcieradło na cztery rogi i przerzuciwszy swój skarb przez prawe ramię, gromnicę wziął do lewej ręki, ruszył do wyjścia. Dźwigał wielki ciężar, ale prawie go nie czuł, gdyż ogarnęło go szczęście na widok słonecznego blasku. Odetchnął z ulgą, zobaczywszy zielone świerki i jodły. Przeżegnał się raz jeszcze, Panu Bogu za opiekę podziękował, zgasił gromnicę i zaczął schodzić z góry.

Gdy wrócił do domu, chrzestnych jeszcze nie było, więc prędko pochował na swoje miejsce: gromnicę, hubkę i krzesiwo. Skarby zsypał do wiklinowej kobiałki, wsunął w ciemny kąt pod ławę. Wtedy do domu wrócili chrzestni.

Widząc chłopca w dobrym zdrowiu ucieszyli się bardzo i oznajmili, że jutro czeka ich ciężka praca-ścinka drzewa na budowę nowego kościoła. Wtedy Ignaś zapytał czy nie lepszy byłby kościół murowany. Oczywiście, że lepszy odpowiedzieli, lecz skąd wziąć na ten cel pieniędzy. Chłopiec powiedział, że on da tyle talarów. Z początku chrzestni myśleli, że żartuje, ale gdy się upierał przy swoim przestraszyli się, że pomieszało mu się w głowie albo duszę diabłu oddał. On jednak niczym się nie przejmował tylko wydobył spod ławy kobiałkę z kosztownościami i trudem postawił ją na stole mówiąc, że są to skarby z "diablej dziury". Zdumieni chrzestni nie mogli uwierzyć własnym oczom. W życiu nie widzieli takich ślicznych i kosztownych przedmiotów, dlatego zasypali go tysiącem pytań.

On spokojnie opowiedział o babuleńce, która przyszła do jego ogniska i powierzyła jemu to zadanie, nakazała wybudować kościół murowany, żeby już nie spłonął. Potem mówił jakich rad udzieliła mu gdy wybierze się po kosztowności, aby pokonał moc czartowską i nie stchórzył. Kiedy się już nagadali do woli i nacieszyli oczy widokiem skarbem postanowili przekazać te bogactwa proboszczowi parafii. Pod wieczór gdy chrzestny wrócił do domu zerwała się straszna wichura. To wściekł się diabeł, kiedy po powrocie do jamy zobaczył, że mu ktoś zabrał znaczną część skarbów, które z nakazu Lucyfera miał pilnować. Wpadł do wioski z siłą stu diabłów niosąc ze sobą tumany kurzu, łamiąc gałęzie, powalał z korzeniami potężne drzewa. Zrywał strzechy, by je w strzępach roznieść po okolicy. Ludzi strach ogromny ogarnął. Myśleli, że to już koniec świata. Rankiem wichura ucichła. Ludziska odetchnęli po nie przespanej nocy, lecz ich oczom ukazał się ogrom spustoszenia, które spowodowały diabelskie harce. Ponieważ kamionczanie nie lubią długo po stracie lamentować, żywo zabrali się do naprawy szkód, a potem do budowy kościoła.

Kilka lat po ukończeniu budowy świątyni chrzestni Ignasia zmarli. A on do gospodarowania nie miał zamiłowania, dziewczynami się nie interesował, więc gospodarstwo, które dostał w spadku sprzedał, pieniądze przekazał na kościół i wstąpił do klasztoru. Tam po jakimś czasie zakończył życie.

Ciekawi pewnie jesteście, kim buła owa babuleńka, która pokazała się Ignasiowi. Otóż, jak wywnioskowali ludziska, była to królowa Jadwiga - żona Władysława Łokietka, gdyż po spaleniu się kościółka, którego była fundatorką przyszła z zaświatów z pomocą przy budowie nowego kościoła p. w. św. Bartłomieja. Należy jeszcze dodać, że diabeł o zabranych sobie skarbach nie zapomniał. Co kilka lat wpada do Kamionki wyrywa dziesiątki drzew, zrywa dachy, a ludzie mówią, że "diabeł się żeni".

Dziś po Diablej dziurze pozostała jedynie legenda a wejście do jamy blokuje kamień.